Twarzą w twarz z ich koszmarami

W czasie wojny, jaką Boża Armia Oporu prowadziła w Ugandzie przeciw rządowi Yoweri Museveniego, uprowadzonych zostało ponad 60 tys dzieci. Małoletni żołnierze, to jedne z ofiar wielu współczesnych form niewolnictwa. Ci, których spotkałem do dziś noszą w sobie traumę tamtych dni.

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Błażyca

 

Choć od tamtego czasu minęło już 15 lat, a Steven z nastolatka wyrósł na potężnie zbudowanego mężczyznę, wciąż w oczach ma łzy. Był seminarzystą, gdy Lord's Resistance Army (LRA) uprowadziła go wraz z innymi do buszu. Chłopców szkolili na żołnierzy. Dziewczynki, porywane ze szkół i wiosek, przygotowywali na „żony” bojowników. A gdy pojawiało się pierwsze krwawienie, to znaczy, że były gotowe... Potem dzielili je między siebie, lub wymieniali... Te nieposłuszne zabijano.  

 

 

Zabij, albo zabijemy ciebie!

Było około osiemnastej, gdy dotarliśmy do obozu. To był obóz szkoleniowy dla porwanych. Komendantem był Onen Kamdun. Powiedział: „Wajolowu awobe” to znaczy (witajcie, chłopcy). Oczywiście nikt z nas nie odpowiedział. Byliśmy przerażeni – opowiada. Usłyszał, że wszystko będzie dobrze, jeśli tylko będą stosować się do reguł. - Potem powiedzieli „Teraz idziemy się modlić”. Musieliśmy ściągnąć ubrania. Wysmarowali nas olejem shea. Uczynili znak nam krzyża na klatce piersiowej i plecach. I powiedzieli „Teraz jesteście jednymi z nas”. Dodali, że jeśli podejmiemy głupie decyzje ucieczki, to nas zabiją. Nie wierzyłem, dopóki nie zobaczyłem.

 

Przydzielili go do artylerii. Trafił po dowództwo Okota Odhiambo, jednego z najwyższych rangą dowódców LRA, potem na liście poszukiwanych przez Międzynarodowy Trybunał Karny. - Kiedy mnie zaprowadzili do niego, siedział pod drzewem. Dokoła sześć kobiet. Powiedział: „Nie próbuj uciekać”. Mieli dobrze zorganizowaną siatkę wywiadowczą. Uczyli nas posługiwania się bronią. Łapałem te rzeczy szybko. Mówili mi: „Będziesz dobrym dowódcą”. Były też dziewczęta, które miały broń. I było wiele dzieci. Większość to były dzieci...

 

Wspomina, jak kiedyś złapano dziewczynę, która próbowała uciec . - Akurat gotowałem milet i kasawę. Dowódca krzyknął: „Na co czekacie, rekruci? Zabić ją!”. Chwycili kije, kamienie, zaczęli...

 

Zobaczyli Stevena. Próbował się wycofać. - Ponieważ byłem seminarzystą, mówili na mnie „ksiądz”. Odhiambo krzyknął: „Ten ksiądz jeszcze nikogo nie zabił”. Inni powtórzyli: „To prawda, nie zabił! Wykończ ją. Uderz w głowę”. „Nie, nie mogę, to szaleństwo!”, broniłem się. Zaczęli mnie okładać. „Albo ją wykończysz, albo my wykończymy ciebie!”.

 

Bili go, aż z bólu krzyknął: „OK, zrobię co chcecie, tylko mnie już nie bijcie”. -  A ona przestraszona patrzyła, jak mnie bili i jak zgodziłem się ją zabić – opowiada ze łzamin. - Zamknąłem oczy, podniosłem pangę. Wtedy ktoś z tyłu, wykręcił mi rękę. Usłyszałem śmiechy. Wszystkie siły mnie opuściły. Upadłem. Ktoś krzyknął: „On jest tchórzem! Zabijcie ją!”. Rzucili się na nią. Wstałem po wszystkim. Nie można było jej rozpoznać.

Od dwóch lat Steven jest księdzem w Kitgum. Sam również spisał swe wspomnienia.

 

Te dzieci...

Brenda, gdy się spotkaliśmy była pielęgniarką w ośrodku św. Judy Tadeusza Gulu. Ten wybudowany przez kombonianów ośrodek, którym do dziś zarządza br. Ellio Crcoe, dał schronienie wielu dzieciom w czasie wojny. Brenda uniknęła porwania. Ale widziała jak szlachtują jej wujka. - Ci chłopcy byli szkoleni, aby stać się złymi. Te dzieci... One były porwane. Nie były winne. One były porwane... Wiele osób porwano. Jak kazali zabić, to musiałeś zabić. Jeśli odmówiłeś, zabijali ciebie. Ci chłopcy mieli zabijać wszystkich... – Brenda  rozumie te mechanizmy, to działo się na jej oczach. Widziałam ludzi z odciętymi ustami, nosami i uszami. Albo po prostu zabijanych maczetami, jak jej wujek. Brenda ocalała. Zabrali jej przyjaciółkę zabrali. - Gdy wróciła, opowiadała. Ustawili ludzi w rzędzie i kazali jej zabić ich wszystkich. Ci, którzy mieli szczęście, wracali, jak ona. Ale życie nie było już takie jak przedtem. Tak wiele bólu, cierpienia. Z tym dorastaliśmy...

 

Brenda wspomina, że pomagały parafie i Czerwony Krzyż.  Ale wojska rządowe pojawiały się zazwyczaj po atakach. - A przecież powinni byli walczyć, aby chronić ludzi. Ale ich wtedy nie było – mówi. - W naszej szkole mieliśmy wyjątek, bo ojciec jednej z dziewcząt był grubą rybą w armii. Szkoła więc była chroniona...

 

Bez przebaczenia

Lilly została porwana gdy miała dwanaście lat. Spotkaliśmy się w ośrodku pomocy dla dziewcząt, im. św. Moniki w Gulu. To tutaj otrzymywała od sióstr pierwszą pomoc po powrocie z buszu. Prowadząca ośrodek siostra Rosemary Nyumbe, za swoje zaangażowanie w pomoc uprowadzonym dziewczętom otrzymała wiele nagród, również w Polsce.

 

Lilly jest jedną z „żon” Josepha Kony’ego. Ma z nim piątkę dzieci. - Najstarszy wiem kim jest ojciec, młodsze nie – przyznaje,. Rozmawiamy ponad dwie godziny. Lilly nosi w sobie wszystkie wspomnienia. Mówi wolno. Czasem jest wzburzona. Wtedy jej głos staje się mocniejszy, potem znów łagodnieje. Patrzę jej w oczy. Nosiła broń. Walczyła.

 

– Ojca pobili na śmierć i zostawili przy rzece. Nam kazali iść dalej. W nocy jedna z uprowadzonych dziewcząt uciekła. To był błąd. Złapali ją wczesnym rankiem. Przyprowadzili do obozu. Rozebrali. Skoro uciekła, teraz pokażą dla przykładu, co czeka innych – opowiada, Było tam około czterdziestu dziewcząt. Piętnaście bardzo młodych. Wszystkie dostały kije.

 

- Podzielili nas na młode i starsze. Starszym zadano pytanie, co uczynić z tą, która uciekła. Odpowiedziały, że przebaczyć. Ale rebelianci naciskali: albo tamta zostanie zabita, albo te, które mówią o przebaczeniu. Mają więc wybrać... Potem jednak zdecydowali, że zamiast ją zabijać, wymierzą jej trzysta uderzeń. Po dwustu pięćdziesięciu była całkowicie sparaliżowana. Nie potrafiła nawet płakać, poruszać się, ani drgnąć. Po prostu leżała taka bezbronna na ziemi.

 

Lilly i inne też pobili. - Powiedzieli, że mamy cywilne przyzwyczajenia. Dlatego pierwszą uderzyli nas dziesięć razy kijami, aby wzbudzić w nas wojskowego ducha. Sposób, w jaki nas bito, nazywał się konwój. Rebelianci ustawili się w linii i bili nas jedną po drugiej. Potem zaprowadzili nas do Josepha Kony’ego.

Dwa lata później została „żoną” Kony'ego. Miała wtedy 14 lat.

 

Siostra Rachela

„W nocnych godzinach 10 października 1996, kiedy ciemność spowiła szkołę...” - czytam ugandyjską prasę przypominającą o wydarzeniach, gdy porwanych zostało ponad 140 uczennic ze szkoły św. Marii St. w Aboke, w dystrykcie Kole.  Dziewczęta miały pomiędzy trzynaście i szesnaście lat. W czasie opuszczania terenu szkoły kilku udało się uciec, ale sto trzydzieści dziewięć trafiło do niewoli. Do dziś los 9 pozostaje nieznany.

 

Porwanie dziewcząt z Aboke było jednym z wielu podobnych ataków, jakich dokonała LRA. Echem odbiły się również porwania osiemdziesięciu dziewcząt ze szkoły Lwala w Soroti w czerwcu 2002, czy pięćdziesięciu pięciu seminarzystów z seminarium św. Marii w Lacor, koło Gulu, w maju 2003.

 

Ale to Aboke przykuło uwagę opinii międzynarodowej i nagłośniło dramat dzieci w Ugandzie. To za sprawą zdeterminowanej postawy siostry Rachele Fassera, włoskiej kombonianki, ówczesnej dyrektorki szkoły.  Wraz z nauczycielem Bosco Okello, podążyła za rebeliantami do buszu. Błagała  o uwolnienie dziewcząt, oferując zatrzymanie jej w zamian za uczennice. Po konsultacji komendanta oddziału z Josephem Konym, zwolniono sto dziewięć dziewcząt, pozostawiając trzydzieści. Za pozostałe zażądano pieniędzy. Wszystkie były gwałcone. Jeśli odmawiały, były bite.

 

Richard był jednym z biorących udział w porwaniu. Spotykam się z nim w  Kitgum. Ponad czterdziestoletni obecnie mężczyzna ma łamiący się głos. Mówi urywanymi zdaniami. – Byłem w tej brygadzie, co porwała dziewczyny z Aboke. Uprowadziliśmy je... Ta siostra... ona biegła za nami... Dowódca zażądał pięćdziesięciu milionów. Powiedziałem mu, że to się nie uda... to za dużo... Moim dowódcą był wtedy Tabuley, Charles Tabuley...

Richard ze łzami opowiada o swoim czasie w szeregach LRA. Mówi o siostrze Racheli, pertraktacjach, lęku, krzykach i młodych chłopcach uprowadzających młode dziewczęta. - Zwłaszcza ci młodsi byli najbardziej agresywni – przyznaje. Dziś sam ma dzieci... I łamie mu się głos.

 

Ty jesteś ze mną

Od kiedy w 1999 roku Watykan utworzył trzy nowe diecezje w Ugandzie, a John Baptist Odama został mianowany biskupem Gulu, podkreślał, że jego zadaniem jest praca na rzecz pokoju i pojednania. Bp Odama miał w tym czasie pięćdziesiąt jeden lat i był najmłodszym hierarchą Ugandy. Odiwedzam go za każdym razem, gdy jestem w Gulu. - Spotykałem się z Konym w buszu kilkakrotnie. Siedzieliśmy razem dokoła ognia. Rozmawialiśmy – opowiada.

 

- Przekonywałem go, że nie ma rozwiązania w walce, skoro jej owocami jest tylko śmierć i zniszczenie. Powiedziałem mu wprost: „Kony, życie ludzi jest drogocenne. Nie może być niszczone...”.  Spojrzał na mnie uważnie, ale nie powiedział ani słowa. Jedyną odpowiedzią było milczenie. Myślałem o tym, co ta cisza miała znaczyć. Czy chciał tym powiedzieć: „Mam swój plan. Nie muszę troszczyć się o to, co mówisz”. A może pojawiło się u niego poczucie winy, miał wyrzuty sumienia? Bo te moje słowa były wprost do niego. Bez świadków. Nie wiem, co było wtedy jego prawdziwą odpowiedzią - wspomina.

 

Bp Odama podkreśla, że nigdy się wahał, aby iść do buszu, choć nie kryje, że miał obawy. - Wierzę, że w moich kontaktach z Kony;m byłem umacniany przez moc Pańską. Ponieważ nie miałbym odwagi, aby tam iść. Ale czułem, że powinienem. Cały czas nosiłem w sobie pytanie: „Jeśli moi ludzie giną, to  co ze mnie za biskup, który nie potrafi zatroszczyć się o ludzi?”. I kiedykolwiek szedłem do buszu, zawsze niosłem w sobie słowa „Ja jestem z tobą”, jako część mej modlitwy. To mi pomagało, motywowało. A zwłaszcza troska o dzieci, które były porywane, i te, które uciekały...

 

Tekst opublikowany w Misyjne Drogi. Więcej historii ofiar Bożej Armii Oporu w książce „Krew Aczoli. Dziesięć lat po zapomnianej wojnie na północy Ugandy”

 

menu
Instagram

Zasady przetwarzania danych

Dotyczące danych z formularza wysyłanych ze strony.

Dane z powyższego formularza będą przetwarzane przez naszą firmę jedynie w celu odpowiedzi na kontakt w okresie niezbędnym na procedowanie przekazanej sprawy. Podanie danych jest dobrowolne, ale niezbędne do przetworzenia zapytania. Każda osoba posiada prawo dostępu do swoich danych, ich sprostowania i usunięcia oraz prawo do wniesienia sprzeciwu wobec niewłaściwego przetwarzania. W przypadku niezgodnego z prawem przetwarzania każdy posiada prawo do wniesienia skargi do organu nadzorczego. Administratorem danych osobowych jest SORUDEO AFRICA, siedziba: 40-085 Katowice, Mickiewicza 21.